Poranna owsianka – taka porządna, z suszoną żurawiną, prażonymi ziarnami amarantusa, płatkami migdałów, z cukrem trzcinowym. Poranne kocie mruczenie, ciepłe futro pod dłonią. Chłodne powietrze na twarzy, dłonie w miękkich rękawiczkach. Wschód słońca, słoneczny refleks na ścianie i oknie autobusu. Czas na dobrą lekturę. Zielona herbata o ulubionym smaku, gorąco przechodzi na porcelanę i skórę. Uśmiech osoby mijanej na korytarzu. Intensywna pomarańcz drugiego śniadania. Zapach kawy w biurze, cynamonowy zapach balsamu do ciała dziewczyny siedzącej niedaleko. Przyjemna myśl, wyobrażenie, wspomnienie. Niebo widoczne zza żaluzji. Delikatny odgłos dźwięczenia kolczyków. Bezinteresowna przysługa.Chwila dystansu do otoczenia, chwila kontaktu z własnymi zmysłami – dźwięk drukarki, przyciszone głosy, stukanie palców w klawiatury, czyjeś westchnienie, czyjeś odkaszlenie, stłumione odgłosy samochodów. Ciepło, światło padające z lewej strony. Nacisk łokcia na biurko, koszuli na skórę, stóp na podłogę. Wrażenia, które zwykle ignorujemy. Na chwilę. Oddech.Przysługa kolegi. Chwila dla siebie. Ciepła myśl, uśmiech wywołany słońcem, które wyszło zza chmur. Bananowy zapach mydła.Tyle przyjemności, a to dopiero połowa dnia.

Zbierałam dzisiaj liście miłorzębu, który uważany jest za drzewo przynoszące szczęście. Schowałam do notatnika, może i mi szczęście przyniosą. Znaleźć je łatwiej niż czterolistną koniczynkę, choć moja mama potrafi znaleźć kilka koniczynek w czasie jednego spaceru. Znajduje nawet pięciolistne. Znajduje je obficie i rozdaje, zielone szczęście do ususzenia.
Kupiłam też pierniczki, serduszka z nadzieniem morelowym. Czekolada, endorfiny, i choć może krótkotrwale, to odrobinę szczęścia mi zapewne przyniosły. A na pewno odrobinę słodkości.
Przytula się do mnie kociak, mrucząca kulka szczęścia.
W nocy maskotka, na szczęście i dobre sny.
Tyle szczęścia mnie otacza, słodkiego, suszonego, mruczącego. I na pewno jeszcze jakieś się znajdzie. Wystarczy dostrzec i docenić. A ja słucham Marit Larsen i myślę o motylkach.
znajduję w codzienności kawałeczki magii. Piekę
babeczki jagodowe, zachwycam się kolorem herbaty, do jedzenia dodaję szczypty
tajemniczych składników. W nocy wpuszczam kota pod kołdrę, żeby przytulił mi
się do brzucha i wprawił w wibracje mruczeniem. Patrzę na zachód słońca i
prostuję kołnierzyk, który zawsze się wywija. Wrócił zapach wanilii, ciepły,
słodki, i kuszący. Codziennie po drodze patrzę na pola. Ewentualnie zamykam
oczy i drzemię, jadąc przez wiejski krajobraz. Praca nie zostawia miejsca do
popisu dla wyobraźni. Tam skupiam się na szczegółach. Patrzę, jak się każdy
uśmiecha. Zwracam uwagę na ludzi. Na zapach mydła, naprawdę, pachnie jak guma
do żucia. Na smak kawy i kolor kompotu.
W brzuchu i głowie mam motylki. Pełno motylków, którymi
zaczęłam się przejmować, bo przecież jest tyle powodów do przejmowania się, dopóki
sobie nie przypomniałam, że nieważne, co będzie – teraz nie potrafię ukryć
uśmiechu, kiedy napisze mi coś miłego, i to jest najważniejsze. Za mało w życiu
się pojawia tego typu uśmiechów, tego rozpierającego ciepła, żeby pomniejszać
wartość tego przejmowaniem się.
skomentuj (0)
Towarzyszy mi zapach kwitnących lip. Zapach mojego
dzieciństwa, zapach nadchodzących wakacji. Poczucie nostalgii i żal, kończę
następny etap swojego życia. Znowu zostawiam za sobą wszystko i idę w obce,
nieznane. Jeszcze niepoznane. Do chwili obecnej już nie będę miała nawet jak
wrócić. Panta rhei, jakie to prawdziwe. Trochę strachu, więcej nadziei.
Po całym mieszkaniu przyczepiam karteczki – o czym muszę
pamiętać przed wyjazdem. Gdzie pójść, co zobaczyć, co zapamiętać, aby wziąć ze
sobą jak najwięcej. Jak najwięcej wrażeń, uczuć, zapachów, smaków, wspomnień.
Los ma spaczone poczucie humoru, a mój właśnie pokazuje, na
co go stać. Widzę go w kącie, szczerzy zęby, nie wiadomo nawet, czy w uśmiechu.
A ja raz nie chcę się dać rzucać z miejsca na miejsce, chcę sama wybrać sobie
miejsce. Dlatego nie zaśmiałam się posłusznie z dowcipu i odwróciłam się do
losu plecami. Czas pokaże, czy słusznie. Rzecz jasna, moja stanowczość będzie
jak zwykle chwilowa i niedługo wrócą rozterki. Ale cóż, carpe diem, cieszę się
chwilą stanowczości i przekonania.
Tak sobie napisałam dwa tygodnie temu. Dzisiaj się okazało,
że los, jak zwykle, postawił na swoim, i teraz śmieje się ze mnie w kułak.
Wrednie rechocze. Aż czkawkę załapał. Popłakał się ze śmiechu. Dźga mnie
paluchem w żebra. I tyle po mojej stanowczości. Aż sama się z siebie śmieję.
Zostało mi teraz przejść ze stanu przerażenia tymi
drastycznymi zmianami, które mnie czekają, do stanu satysfakcji i
samozadowolenia. Żeby zamiast „Yyyy” powiedzieć „Ha!”.
A tymczasem patrzę na dachy Krakowa rozpalone słońcem, i
uczę się zasypiać patrząc na gwiazdy. Budzę się ze wschodem słońca i drzemię,
patrząc na kolory rzucane przez pryzmaty. Głaszczę kocie futro, wstawiam wodę
do lodówki i tęsknię za morzem.
Chodzę spać późno, bo zawsze, kiedy kładę się wieczorem spać, napadają mnie czarne myśli. Przewracam się z boku na bok i ogarnia mnie strach. Im więcej myślę, tym trudniej mi zasnąć. A nie potrafię nie myśleć. Choć teoretycznie nie ma się czego bać. Nie jest tak źle. Czemu więc się boję? Czemu powtarzanie sobie, że będzie dobrze, działa tylko w świetle dnia, a i to nie zawsze? Co się takiego stało?
Spełniłam swoje jedno, malutkie marzenie, i od tego czasu mam wrażenie, że nic mi nie wychodzi. Ha, choć trudno sę nie uśmiechnąć na myśl o spełnieniu tego marzenia. Do chwili obecnej napełnia mnie to satysfakcją, i będzie to robić jeszcze przez długi czas.
Najprzyjemniejsza chwila - kiedy kot przychodzi do mnie do łóżka, wślizguje się pod kołdrę, i przytulony do mojego brzucha zaczyna mruczeć. Nic mnie tak nie uspokaja jak kocie mruczenie.
Cóż, świeci słońce, więc idę się nie denerwować i korzystać z dnia, zanim przyjdzie wieczór.
Śnieg wciąż pada, a ja przekonałam się, do czego tak naprawdę służą buty zimowe. Nawet nie do tego, żeby nie było po prostu zimno w stopy. Przede wszystkim do tego, żeby palce u stop nie stały się uporczywie boleśnie (!) fioletowe na następne trzy tygodnie. A, że zimę bojkotuję, i butów zimowych brak... Na szczęście już przeszło, a ja nauczyłam się zakładać gruuuube skarpety. Wciąż lubię śnieg.
Wątpię ostatnio w małżeństwo, czego powodem są moje rozmowy z paroma
mężczyznami żonatymi. Mam szczerą nadzieję, że inni mężczyźni nie
podzielają ich opinii. Ich myśli. Ich nastawienia. Zaczęłam się
zastanawiać, co w takim razie myślą kobiety. Nie, co mówią czy piszą,
ale co myślą. Wbrew powszechnym opiniom zdaje mi się, że mężczyźni
czasem mówią więcej, niż kobiety. Na pewno mówią więcej mi, niż mówią
mi kobiety. Mówią niekiedy więcej, niż chciałabym usłyszeć. Odbierają trochę wiary w pewne wartości.
W głowie zamieszanie, jak zwykle. Zmieniają się jedynie powody, okoliczności, ludzie... Zamieszanie prawie zawsze pozostaje. Pojawiła się za to ochota na spaghetti z pesto bazyliowym, i sushi; jak zwykle ochota nie na danie samo w sobie, lecz na pewne sytuacje z nim związane. Pojawiła się ochota na pikanterię. Pojawiła się też ochota na coś, choć nie powiem, na co. ...Źle. Nie to, że się pojawiła, bo była już od baardzo dawna. Ochota wstała, głośno dała o sobie znać, pokazała pazurki, nastroszyła się, i owinęła wokół szyi. Mocno trzyma. Wchodzi do głowy i się rozpycha. Świerzbi w opuszkach palców i końcówkach uszu, gryzie po karku. Nie daje o sobie zapomnieć.
Znowu myślę o wzorach tatuaży oraz o zabarwieniu włosów na kolor intensywnego fioletu. W sam raz na wiosnę.
Zdaje mi się czasem, że jestem raczej typem kochanki, niż żony. Interesuję mężczyzn bardziej, dopóki z nimi nie jestem. Mówią mi więcej, dopóki z nimi nie jestem. Chcą mnie poznać, dopóki z nimi nie jestem. Wtedy już wcale nie chcą mnie poznawać.
Po długiej przerwie stagnacji, niemarzenia i zapominania snów podjęłam pewną decyzję. Śnieg prószy, a ja muszę gdzieś znaleźć truskawki - bo śnieg i truskawki do siebie pasują. Na chwilę obecną zaspokajam się mandarynkami, pomarańczami i cytrynami, z którymi wiążą się równie miłe wrażenia. Nie wspomnienia, bo wspomnieniami żyć się nie powinno, ale właśnie wrażenia, zapach, odczucia, urywki chwil i myśli, które wywołują na twarzy uśmiech.
Nie zawsze uczę się na błędach, ale skoro potrafię jeszcze wrócić do siebie, to chyba nie jest tak źle. Ne?

Wrażenia z dzisiejszego dnia - odrzuciłam coś, co być może zmieniłoby moje życie. Odrzuciłam, bo im dłużej słuchałam, tym mniej mi się to podobało, ponieważ przygoda życia, narzucająca jednocześnie styl życia i wchodząca w sferę prywatną, ograniczałaby mnie nie do zniesienia. Lubię swobodę. Niemniej jednak, otrzymałam najbardziej niewiarygodną (!) propozycję, dzięki czemu (dziś przynajmniej) myślę, że w takim razie muszę być, nomen omen, specjalna. Wrażenie zniknie niedługo zapewne, być może decyzji zacznę żałować. Zawsze mówiłam, że nie planuję niczego, a biorę to, co daje życie - po raz pierwszy się temu nie poddałam. To dobrze, czy źle?
Rozpadłam się na drobne kawałki. Brakuje mi spokoju, we mnie. Ciepłej radości. Zamiast tego żal, wyrzuty sumienia, niepewność. Niezrozumienie. Wypadłam z codziennego tempa, nie jestem w stanie zabrać się do niczego, nawet nie wiem, co czuję. Pozostała obawa. Żałuję czegoś, co zrobiłam, żałuję pośpiechu, żałuję niezdecydowania. Coś w środku pękło, a ja obudziłam się w środku nocy nie będąc pewna niczego. Nawet siebie.
Wycofuję się ze wszystkiego. Czuję się bez sensu. Moje 'przepraszam' nic nie znaczy, a zresztą nie ja powinnam to powiedzieć. Czuję się nie w porządku.
A jednocześnie wiem, że to takie głupie. Nie mogę oprzeć się na nikim, spokój muszę znaleźć w sobie. Pogodzić się z błędami i wynieść z nich doświadczenie. Podnieść się, i nawet jeśli mam znowu popełnić błąd, to popełnić go choć trochę lepiej. Nie płakać nad rozlanym mlekiem. Znowu się ciągle i szeroko uśmiechać. Pozbyć się obaw i tego ucisku ze środka.
"If you find your here and now intolerable and it makes you unhappy, you have three options: remove yourself from the situation, change it, or accept it totally. If you want to take responsibility for your life, you must choose one of those three options, and you must choose now. Then accept the consequences."
Eckhart Tolle
Plany. Człowiek ponoć uczy się na błędach, ale najwyraźniej mnie to nie dotyczy, bo znowu sobie coś zaplanowałam, i znowu mi te plany zaczynają nie wychodzić. Niemniej w zamian pojawiły się różne rozmaite rozliczne propozycje, a z co poniektórych mam wielką chęć skorzystać. Tylko, że brak możliwości planowania i świadomość, że wszelkie plany obracają się wniwecz... odbierają poczucie pewności. Tą kruchą stabilizację. Bo nie da się absolutnie niczego nie planować. Żyć z dnia na dzień zaledwie? Ale nie czas, żeby się martwić. Już się z siebie śmiałam, że mam chyba najgłupszy problem na świecie. Po co liczbę tych głupich problemów powiększać?
Towarzyszy mi déjà vu. Dziwne uczucie, poznaję je po raz pierwszy. Ktoś, kogo dopiero poznałam, coś mi przypomina. Zdjęcie nieznajomej osoby, które widzę po raz pierwszy, z czymś mi się kojarzy. To jak zapach, ulotny i bardzo delikatny, który przywodzi coś na myśl, równie delikatne i ulotne wrażenie, odczucie, wspomnienie. Zamiast z wydarzeniem czy ludźmi kojarzy się z nastrojem, przelotną chwilą emocji. Nie potrafię go rozpoznać czy umiejscowić, ale jest, tkwi we mnie mocno, gdzieś głęboko w środku. Jak ktoś, kto zwrócił moją uwagę i umiejscowił się we mnie mocno, ale jego twarz wciąż łatwo umyka ze wspomnień, choć tak znajoma się wydaje. Znowu nie rozumiem i troszkę zagubiona jestem, powoli i ostrożnie poznaję. Jak z nieznajomym kotem, którego jeszcze nie całkiem się wyczuwa i nie całkiem wiadomo, na co sobie można pozwolić, a kiedy cofnąć dłoń. Jak uśmiech, który się już gdzieś widziało, ale nie jest się całkiem pewnym, czy to nie było tylko we śnie. Uśmiech wciąga, uśmiech kota z Cheshire. Ponownie bardzo silne wrażenie, że druga osoba to cały, ogromny, zupełnie nieznajomy i kierujący się innymi zasadami wszechświat.
Na usta cicho, choć nieugięcie wkrada się lekki uśmiech, z którego nawet sobie nie zdaję sprawy. Lekkie rozmarzenie w słońcu. U mnie już motylki latają, i znów wszędzie pojawiają się zielone, musujące bąbelki. Wiosenne zamieszanie w głowie, i w decyzjach. Decyzja ostateczna jedna (dwie), ale teraz czekam, co mi los przyniesie. Może przyniesie to, że wezmę sprawę w swoje ręce? I sama sprowadzę do domu futrzaste, ogoniaste mruczęcie. A na razie intensywność wrażeń. Zmysły wydają się podkręcone, a odczucia zadziwiająco silne. Energia budzi się pod powierzchnią skóry i przedostaje na zewnątrz, a ja... czuję się zadziwiona. I choć wiem, że może poprzewraca to u mnie wszystko, zburzy cały kruchy porządek, połamie, a potem nie oglądając się na mnie przejdzie obok, a mi zostanie jedynie gruntowne sprzątanie, to... Nie szkodzi. Lubię to uczucie.
Wiosna iście letnia, a stan mojej świadomości zmienił się ponownie. Sukienka i japonki, lody na Starowiślnej i ulubiona spódniczka, bulwary nadwiślańskie i pewne inne, nieco już zaniedbane dotychczas, uroki Krakowa i pięknej pogody. Dużo śmiechu. A jednocześnie dużo zadumy, wahań i wątpliwości, całe mnóstwo. Z przewagą pomarańczu. Świeże bułki na śniadanie, sporo zaskoczeń, trochę irytacji, nieco obaw i kilka przykrości. Pierze z poduszki we włosach, cudze spojrzenia. Niezdecydowanie. Znowu nic nie wiem, ale głowę podnoszę wysoko i uśmiecham się pewnie, z lekką ironią. Tak się przyzwyczaiłam.
Na zbliżającą się wiosnę słońce i śnieżyca, a na zbliżające się urodziny ból gardła, osłodzony gratisowami cukierkami z apteki i miłymi życzeniami szybkiego wyjścia z infekcji. I mieszanki zapachów, z czego jeden urzekający i wywołujący masę odczuć z przeszłości. Nie jestem niestety w stanie skojarzyć, z czym owe uczucia i zapach są związane, ale jest to na pewno coś niesamowicie przyjemnego, więc samo odczucie wystarcza mi do uśmiechu. Z latem i jesienią ubiegłego roku? Mango i granat, być może, choć teraz mi w głowie śliwy i wiśnie. I zwiewna sukienka, której absolutnie nie założę przy obecnej pogodzie, dlatego też z tym większym utęsknieniem czekam na ciepłą wiosnę. I truskawki, które, choć mrożone, przemycam do płatków owsianych wraz z cynamonem. I bladoróżowy kolor tulipanu. Kwiat hibiskusa, jeszcze schowany w pąku. Gałązka tymianku.
Choć nie wysypiam się i jestem zajęta cały czas, to są chwile, które celebruję. Herbata ma kolor intensywnie czerwony, i pachnie letnim wieczorem. Jedzenie objawia całą gamę bogatych smaków, kiedy je się powoli. Woda osiada na liściach w delikatnych kropelkach, a w trawie już zobaczyć można strokrotki. Strony cicho szeleszczą przy przerzucaniu, a muzyka i wygodny fotel uprzyjemniają atmosferę. Choć raz dziennie zwolnić i czerpać przyjemność z uczuć, zmysłów i chwili.
Niekiedy miewam bardzo wyraźne sny. Tak wyraźne, że emocje, które odczuwam we śnie, odbieram w rzeczywistości. Czasem mi się zdarza, że nie jestem całkowicie, do końca pewna, czy sobie przypominam niewyraźnie coś rzeczywistego, czy po prostu wciąż mgliście odbieram swój sen. Ostatnio miewam sny, które wprawdzie nie są takie same, ale powtarza się w nich taki sam wątek, wzbudzający we mnie bardzo dotkliwą tęsknotę. Budzę się smutna i czasem przez cały dzień nie jestem w stanie z tej tęsknoty się otrząsnąć. I już nawet nie jestem w stanie powiedzieć, za czym konkretnie tęsknię. Czy to osoba, czy miejsce, czy ludzie, czy tamte wrażenia, czy doświadczenia? Te sny naprawdę bolą. Bolą te emocje, tak wyraźne, tak prawdziwe. Te sny pewnie mają związek z tym, że nie wiem, co zrobić dalej z moim życiem, i w tym małym ciemnym miejscu w środku, nad którym nie jestem w stanie zapanować, w cichości się tym denerwuję straszliwie.
Ten tydzień był pełen problemów. Codziennie wychodził następny problem, następna przykrość, a ja byłam zestresowana, ponura, poddenerwowana i pełna zgryźliwości. W pewnej chwili spojrzałam na siebie z boku, i szczerze się przeraziłam. Przecież to nie ja. To nie ta ja, która usłyszała, że się zawsze uśmiecha. To nie ta ja, która się cieszy drobnostkami. To nie ta ja, która rozkoszuje się wszystkim, czym się da. Nie ta ja, która zawsze daje sobie radę. I wtedy stwierdziłam, że przecież nie jest aż tak strasznie źle, i usmiechnęłam się, że przecież ja sobie dam radę.
Ale nie chcę tej nocy śnić.
Zdawało mi się, że już oddycham wiosną, że oddycham głębiej, i odzyskałam pełną kontrolę. Niewiele trzeba było, żeby mi tę kontrolę odebrać. Ale nie szkodzi. Może nawet warto? Jestem wystarczająco silna, żeby sobie z tym poradzić. A przynajmniej radzić, bez tej definitywności trybu dokonanego. I tak się szeroko uśmiecham, czekając na wiosenny zawrót głowy. Mimo wszystko z miłością mi do twarzy.
Znajduję coraz to kolejne powody, żeby podobał mi się temat fonestezji. Jej ślady znajduję w ulubionych książkach, w czasem już zapomnianych fascynacjach, niekiedy natrafiam przy tym na cząstki siebie. To sprawia satysfakcję. Cytując słowa Platona, szukam 'istoty rzeczy'.
Powietrze pachniało farbami, a ja myślałam o tym, ile energii marnuję tylko dlatego, że coś jest niejasne. Ile myśli, spokoju wewnętrznego i emocji poświęcam bezpowrotnie i bezsensownie. Wskaźnik wypadał zawsze za nisko na "tak", ale jeszcze za wysoko na "nie", nie pozwalając mi się skupić na pracowaniu nad tym, i nie pozwalając porzucić myśli o tym. Nikt nic nie wie, i nie wiem ja sama.
Jakie to także ironiczne, że te słowa mogę odnieść do więcej niż tylko jednej rzeczy w moim życiu. Chciałabym, żeby wszystko wyjaśniło się jak najszybciej, bo najgorszy jest ten stan niepewności, bezradność i niemożność zabrania się ani za jedno, ani za drugie, bo sytuacja jest gdzieś pomiędzy.
Z powodu długiej, nocnej rozmowy rzeczywistość w mojej głowie wiruje, gnie się i zawija. Kolory rozchodzą się, przenikają i rozpływają, kształty fantastycznie się rozciągają, nawet czas zaskakuje. Światło płynie spiralnymi strumieniami, przeplatając się z cieniem. Trudno oderwać wzrok od obrazu.
Szłam nocą Plantami, a padający śnieg, widoczny w świetle latarni, nadawał otoczeniu magiczny wygląd. Jakby zatrzymał się czas, kiedyś dawno temu - byłam tylko ja, średniowieczne miasto zasypane śniegiem i latarnie. Szłam powoli, ciesząc się chwilą i otaczającą mnie ciszą. Trafiłam na jeden z tych bardzo nielicznych momentów w ciągu doby, kiedy na ulicy nie ma żywej duszy, nie przejeżdża obok samochód czy hałasująca piaskarka. Cisza, światło latarni, i śnieg. Niepotrzebne mi było towarzystwo, żeby rozkoszować się pięknem rzeczywistości. Wręcz przeciwnie - mam wrażenie, że obecność nawet bliskiej mi osoby nie pozwoliłaby mi w pełni odczuć tego, co czułam. Śmiałam się, obracałam i tańczyłam, i łapałam językiem białe płatki. A świat przysypywał się równą warstwą puchu.
Od opisywanego momentu minął niecały tydzień. W tej chwili oczy same mi się zamykają, jakby pełne piasku, głowa pełna marzeń i zmęczenia ciąży niezmiernie. Na policzkach wypieki wywołane niedoborem snu, a po ustach błąka się uśmiech. Nie wywołany przez nikogo.
Uwielbiam te dobre dni, z rodzaju tych, co może nie są cudowne, ale za to pełne dobrych wiadomości. I małych przyjemności.
Wyspałam się porządnie, co już nie zdarzyło się od dawna. Nowa herbata okazała się wspaniała, a pijąc ją przeczytałam maila, że dostanę zapłatę za tłumaczenie, z utratą której pogodziłam się już jakiś czas temu. W skrzynce pocztowej znalazłam wygrany kupon na darmowy lunch w knajpie. A pomiędzy książkami ostatnie hokkairo - plastry, które przyklejone się do ubrania natychmiast się rozgrzewają i osiągając maksymalną temperaturę 50 stopni grzeją ponad 8 godzin. To wprawiło mnie w jeszcze lepszy humor, bo mogłam założyć mój ulubiony, lżejszy płaszcz, a i tak było mi ciepło i przyjemnie. Na zajęciach zostałam poczęstowana ciastkami i rozśmieszona tak bardzo, że nikt nie rozpoznałby we mnie nauczycielki. Na próbę poszłam między zajęciami do kawiarni, którą mi ktoś polecił, i się w niej zakochałam. Słownik francusko-polski na ladzie był akurat jak znalazł, kiedy powtarzałam notatki na następny dzień. Tego wieczoru zdecydowałam się napisać kilka wiadomości, z którymi zalegałam. I wtedy też ostatecznie coś się we mnie ruszyło i zamiast wahać się, zastanawiać i niepewnie zmieniać zdanie w końcu stanęłam pewnie po jednej stronie. Po mojej. I uśmiechnęłam się z satysfakcją. Od tego czasu herbata smakuje mi jeszcze bardziej.
W moim pokoju palą się cicho świeczki, a w moim życiu wciąż króluje zapach malin i wiśni. Oglądam wschody i zachody słońca o ich kolorystyce. Zgadnijcie, jakiego koloru mam usta.
一期一会
Plakaty wystawy ceramiki przypomniały mi o o czymś, co mnie kiedyś zachwyciło. I przypomnienie tego zachwyciło mnie ponownie. Motto ceremonii herbacianej, które przypomina o tym, że chwila, która właśnie mija, już nigdy się nie powtórzy. Że powinno się cenić każdy moment, każdą czynność, każde spotkanie, bo każde z nich jest niepowtarzalne. Czuć daną chwilę. Być obecną właśnie teraz. Czy nie jest to piękna filozofia?
W moim życiu ostatnio dominuje zapach malin i wiśni. Znowu mam problemy z zasypianiem, ale daję sobie radę. No właśnie, daję sobie radę. Nie jest to pobożne życzenie, tylko fakt. Nie jest świetnie, do tego wiele brakuje, nie jest wciąż nawet dobrze, ale z tego dawania sobie rady jestem niesamowicie dumna. Choć nikomu o tym nie mówię, zostawiam to dla siebie. Każdy dzień to nowe problemy, nowe rozczarowania, nowe nieprzyjemności. Ale i tak daję sobie radę. Brakuje mi muzyki w uszach, ale za to słyszę śpiew ptaków. Weltschmerz siedzi w kącie i gra w kulki, spoglądamy na siebie od czasu do czasu.
Przyrządzam płatki owsiane na mleku, tak jak mnie nauczył Szwed, i wrzucam garść żurawin i tłuczonych migdałów. Tęsknię za podróżaniem i zwiedzaniem, odczuwam tę tęsknotę prawie fizycznie. Uśmiechnęłam się dziś rano, przyjmując lody waniliowe, i zaśmiałam się sama do siebie. I do tego pomogłam komuś. Nad Wisłą było ciepło, słonecznie, i spokojnie, a ławka była sucha. Złote popołudnie, choć ziemia biała od śniegu. Na francuskim słońce świeciło mi w twarz. Brakuje mi słowa "rozkosznie".

"Stand right here for one minute please and look up into the sky."
Kartka z powyższym napisem wisząca w zaśnieżonym parku to jedna z rzeczy, które wywołały dziś u mnie uśmiech. Niebo było szare i zachmurzone, ale to nie było specjalnie ważne. Park mijam codziennie, z niekłamaną przyjemnością. Trudno nawet powiedzieć czemu, bo nie jest to jeden z najpiękniejszych parków, jakie widziałam. Ot, taki sobie, niewielki. I nazwa mi się nie podoba. A jednak ma coś w sobie, i czuję to nie tylko ja, ale także wszyscy, którzy z reguły siadają tam licznie na ławkach i murku nad sadzawką. Czuję się w nim dobrze.
Dziś postanowiłam, że jednym z moich życiowych celów będzie przygotowanie idealnego tiramisu. W ramach postanowienia "najwyżej jedna łyżka" jak dziecko starałam się na tej jednej łyżce utrzymać jak największą ilość deseru, a jednocześnie skubać go możliwie jak najdłużej, i jak dziecko uśmiechałam się szeroko. Tiramisu nieodmiennie poprawia mi humor, i także rano wyrwało mnie z niewyraźnego humoru, w jakim się dziś zziębnięta i zmęczona obudziłam. Każdy się uśmiecha jedząc tiramisu, przekonałam się o tym naocznie, kiedy na każdą imprezę w trzech akademikach przychodziłam z tym deserem. Uśmiechała się także Gosia, dla której właśnie tiramisu przygotowałam z okazji jej udanej obrony magisterskiej. Jedząc tiramisu nie myślisz o zmartwieniach. Przygotowując je wkładasz w nie trochę siebie. Częstując nim innych uśmiechasz się widząc, jak się nim rozkoszują.
Lubię chodzić piechotą. Kiedy wszyscy tłoczą się przed mrozem w autobusach i tramwajach, ja i tak chodzę pieszo. Oszczędza mi to tłoku, dusznego powietrza, bycia potrącaną i wtrącaną w kiepski humor. Jest zimno, ale lubię śnieg skrzypiący mi pod stopami. Lubię powietrze połyskujące od drobnych śnieżynek podrywających się na wietrze. Lubię śnieżny krajobraz. I chciwie chłonę każdą dostępną przyjemność, więc nie oddam tego spaceru nawet, jeśli mam zmarznąć. Kiedy zziębnięta przekręcam klucz w drzwiach, uśmiecham się leciutko, ciesząc się, że się nie poddałam - to takie moje malutkie zwycięstwo.
A potem ogrzewam dłonie kubkiem z kakao. Sączę je powolutku, żeby starczyło na dłużej, żeby dłużej było mi przyjemnie. Podnosząc dłoń przy piciu wdycham zapach drewnianej bransoletki. Przy zasypianiu przytulam mocno pluszową maskotkę Totoro i zwijam się w kłębek pod ulubioną pościelą, czekając, aż się rozgrzeje od mojego ciepła. Jestem zmęczona, więc z rozkoszą zamykam w końcu oczy, już ciesząc się na odpoczynek.
Jest mi źle, dlatego tak bardzo potrzebuję każdej miłej drobnostki, i tym bardziej je doceniam. Tylko dzięki drobnostkom się wciąż uśmiecham.
Rok temu nie widziałam fajerwerków. Fajerwerki podziwiałam w lecie, i te właśnie wspomnienia towarzyszyły mi w pierwszych godzinach nowego roku. Szkoda tylko, że tych wspomnień i odczuć właśnie chciałam się pozbyć przed następnym rokiem. Jak widać, nie udało mi się.
Wspominałam już, że czasami mam ochotę kopnąć się mocno w tył głowy? Jestem osobą, która pokochała zieloną herbatę dopiero po powrocie z Azji, i to stwierdzenie podsumowuje wszystko.
Ostatnio przeglądałam jakieś czasopisma, z nudów czytałam nawet horoskopy. W horoskopy nie wierzę, gwoli wyjaśnienia. Tym bardziej się zdziwiłam, kiedy przy okazji czytania jednego rocznego dla horoskopu chińskiego stwierdziłam, że haha, sprawdziłby mi się całkowicie, gdyby chodziło o poprzedni rok. Po czym spojrzałam na datę - luty 2008. Przestałam się śmiać i przeczytałam ponownie. Zwykłe ogólne brednie, ale wśród nich kilka konkretnych, które sprawdziły się w pełni. Nie wierzę w horoskopy, ale ten okazał się dla mnie wyjątkowo trafny. Jak bardzo trafny, wiem tylko ja.
Leżałam, słuchałam muzyki i patrzyłam się w sufit. Wspominałam poprzedniego sylwestra. Jak po powrocie do mojego akademika patrzyłam z okna na wschód słońca. Wspominałam, jak mnie rozśmieszyła ta przewidywalność. Spacery grupą na sushi. Wrodzona złośliwość RP i nasze rozmowy. Jak spróbowałam myśleć trochę inaczej i jak mi się to nie sprawdziło, bo inni myśleli jeszcze inaczej. To, jak się wtedy czułam. Do dziś na samą myśl zaciskają mi się pięści. Jak zaszokowało mnie wytłumaczenie. Uch, dużo złego mi to zrobiło. W pewien sposób miałam satysfakcję i rekompensatę. Podwójnie. Ale też wszystkie tamte emocje mnie mocno zmyliły, i nie zrobiłam tego, co naprawdę powinnam była zrobić. Pamiętam noc w świątyni, kąpiel w świątynnej łaźni, słowiczą podłogę i pagodę w środku nocy. Kwitnące wiśnie w Kyoto, przez które prześwitywało słońce wieczorem. Ogromne torii w środku Tokyo, oddzielające atmosferę świętości w parku od jaskrawej popkultury kilka metrów dalej. Byłam też trochę wredna i trochę się wstydzę. Pamiętam też, jak siedzieliśmy koło jeleni nocą na ławce i piliśmy Blue Sky patrząc na pływające torii, które zawsze chciałam zobaczyć. Pamiętam wrażenie, jakie zrobiło na mnie A-Dome w Hiroshimie. Piekła w Beppu. Śliwy przy pałacu cesarskim. Przez kilka rzeczy, które usłyszałam od innych, przez jakiś czas miałam wrażenie, że liczy się coś, co tak naprawdę nie ma znaczenia. Teraz wiem, że nawet jeśli ma to znaczenie dla kilku osób, to nie dla mnie. Pamiętam zimno, które mnie czasem ogarniało, i jak zaciskałam zęby, powstrzymując się od przykrych słów. Wyjazd na Okinawę, korale, delfiny, i sok pity z kokosów. Księżyc na plaży. Zachowałam się wtedy w porządku, aż za bardzo. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłam w sierpniu. I na początku września. Wtedy było mi naprawdę dobrze. Od pierwszych fajerwerków pod koniec lipca. Wtedy, w ciasnym tłumie, stojąc na murku. Jejku jej. Innych słów brak. Ale też nie spodziewałam się tego, jak się będę później czuć. Kot, którego karmiłam tuńczykiem. Tosty w jajku, z warzywami. CC Lemon. Ach jej. To poczucie pewności, którego tak mi brak.
Myśli, obawy, i uczucia, z którymi walczę. Grupa, która na ostatnią lekcję przyniosła wino i ciastka, i poprosiła o naukę piosenek świątecznych. Fajerwerki o północy.
"W styczniu 2009 r. Bawoły skonstatują, że wprawdzie nie wszystko, co sobie zamierzyły udało się zrealizować, ale bilans roku wykazuje nadwyżkę." I jeszcze jedno. "Niczego się nie domagać i nie narzucać." Ano.
Już nie wiem, co myśleć. O wszystkim. Czy to ma sens, czy powinnam, czy mogę, czy mam się przejmować czy nie, co jest ważniejsze, czy warto, czy to ma znaczenie, czy mi się uda, czy mam się cieszyć czy nie, co ja właściwie czuję. Przyjazd na święta nagle zmienił się w długi pobyt w szpitalu, który ma na celu określenie, czy iść do szpitala na jeszcze dłużej muszę natychmiast, czy niedługo. Po raz pierwszy się przestraszyłam. Co więcej, bardziej się chyba boję terapii niż samej choroby. Nie zgodziłam się na natychmiastową hospitalizację, zbyt dużo energii włożyłam w utrzymanie w sobie entuzjazmu, dawanie z siebie wszystkiego, stawianie czoła przeciwnościom, żeby nagle okazało się, że wszystko na nic, że nie miało to żadnego sensu, że muszę zrezygnować z absolutnie wszystkiego. Jestem strasznie zdezorientowana. Myślałam też, że uda mi się oderwać, a tu nic z tego, myśli idą własną drogą i nie dają się kontrolować. Wciąż walczę z sobą, żeby nie powiedzieć tego, na co mam ochotę. I żeby nie odechciało mi się wszystkiego. Żeby wciąż mi zależało, i żeby przestało mi w końcu tak zależeć.